Czy „szczepionki” genetyczne to bomba epidemiologiczna?

W mediach pojawiają się informacje na temat grożącej nam bomby epidemiologicznej spowodowanej masowymi szczepieniami. Źródłem tych informacji są publiczne wystąpienia i apele dr Geert’a Vanden’a Bossche’a, belgijskiego wirusologa, eksperta ds. szczepionek, wcześniej zatrudnionego w GAVI oraz Fundacji Billa i Melindy Gatesów.

Według Bossche’a mechanizm, który może wywołać epidemiologiczny kataklizm polega na „ucieczce patogena spod kontroli układu immunologicznego” (ang. immune escape). Jest to termin dosyć opisowy, stosowany w naukach medycznych. Jednakże podobne zjawisko opisali dawno temu genetycy, według których u jego podłoża jest selekcja, polegająca na eliminacji określonych genotypów, często w powiązaniu ze wzrostem wartości przystosowawczej innych genotypów, w myśl zasady, że dana nisza ekologiczna musi zostać wypełniona.

Ten mechanizm selekcji został dobrze opisany w odniesieniu do roślin GMO. Najczęściej GMO produkuje się w celu nadania roślinom uprawnym odporności na herbicyd. Uzyskuje się to poprzez wstawienie do konstruktu DNA genu rozkładającego herbicyd. W konstrukcie, po jego samoistnym włączeniu się do genomu, uruchamiany jest gen kodujący enzym , który rozkłada herbicyd. Rośliny uprawne GMO można wtedy do woli traktować herbicydem. Cierpią tylko „chwasty”, nie mające takiego zabezpieczenia. Ale o to właśnie chodzi. Ta technologia genetyczna ułatwia walkę z „chwastami”, ale niczego nie ma za darmo. Do gleby dostają się wielokrotnie większe dawki herbicydowej trucizny, a stamtąd przedostaje się ona do wód podziemnych.

Ale to nie wszystko. „Chwasty” też są sprytne i chcą przeżyć. Wykształciły one ewolucyjną strategię umożliwiającą im przeżycie jako populacji dzięki obecności licznych mutantów (genotypów). Oprócz genotypu najczęstszego, zwanego dzikim, są rzadkie warianty mutantów. Czynnik selekcjonujący w postaci substancji czynnej w herbicydzie jest nacelowany na gen dzikiego genotypu. Po wyeliminowaniu tego genotypu przez herbicyd pozostałe genotypy (mutanty) mają swoją szansę na reprodukcję i rozprzestrzenienie się. Tak powstają „superchwasty”, trudne do wytępienia, przynajmniej za pomocą herbicydu. Już setki gatunków „chwastów” mają swoich super przedstawicieli. Często poszerzają one swoją dotychczasową niszę i wychodzą z pól do ekosystemu. Specjaliści od GMO są zdziwieni. Coś poszło znowu nie tak. Dzieje się tak również nawet bez udziału GMO. Przykładem są zawleczone „chwasty”, np. nawłoć kanadyjska, która wyeliminowała naszą rodzimą nawłoć, a teraz nie nękana przez nikogo, gwałtownie się rozprzestrzenia.

Innym przykładem selekcji na zamówienie w wydaniu Homo sapiens jest stosowanie antybiotyków przeciwko patogenom bakteryjnym. Zjawisko znane też od lat. Dobrze zostało ono przebadane np. w odniesieniu do prątka gruźlicy. Antybiotyk ryfampicyna łączy się w śmiertelnym uścisku z miejscem aktywnym beta polimerazy RNA prątka, dokonującej transkrypcji genów tego patogenu. Szczep dziki zostaje wybity. Na to tylko czekają pozostałe rzadkie mutanty, dla których otwiera się przysłowiowe okno na świat. Centrum aktywne ich beta polimerazy RNA jest niedostępne dla antybiotyku.

Podobnie przedstawia się sytuacja ze stosowaniem antybiotyku o nazwie izoniazyd. Inhibuje on produkt genu prątka o nazwie KatG, kodujący enzym o funkcji katalazy-peroksydazy. I sytuacja się powtarza. Izoniazyd nie znajduje powinowactwa do centrum aktywnego tego enzymu u tych mutantów, gdyż jest ono zmienione. W ten sposób człowiek poprzez selekcję sztuczną, czyli antybiotykoterapię, przyczynił się do wypromowania tzw. wielolekoopornych szczepów prątka gruźlicy.

A co na to koncerny farmaceutyczne? One milczą od kilku dziesięcioleci. A dlaczego nie produkują nowych generacji antybiotyków? To jest dla nich nieopłacalne. Oczekują na dofinansowanie od rządów.

Nic innego nie dzieje się w szczepionkowej walce z wirusami. Przeciwciała wyprodukowane na dany antygen szczepionkowy eliminują wirusa, przynajmniej w założeniu. Te przeciwciała to czynnik selekcyjny, dokonujący selekcji negatywnej, tzw. dzikiego szczepu, czyli najliczniejszego genotypu wirusa. Niekoniecznie musi to być koronawirus, a raczej to nie jest, patrząc na udziały wirusów w koktajlu wirusów przeziębieniowych. Dla rzadkich genotypów, będących poza zasięgiem przeciwciał na białko S, to prawdziwy bonus. Czynią więc to na co długo czekały, replikują się na potęgę, wywołując zachorowanie i dokonując transmisji. Mają wyjątkowe pole do popisu. Kolejna ich ofiara, to osoba zaszczepiona preparatem genetycznym, też bez odporności, bez odpowiednich przeciwciał.

Nie będę dalej tego rozwijał aby się nie powtarzać. Jest to realny scenariusz bomby epidemiologicznej, jaki może zostać wywołany przez „szczepionki” genetyczne. Szczepionki klasyczne, oparte na atenuowanych lub inaktywowanych wirusach aż takiego niebezpieczeństwa nie stwarzają. Posiadają mnóstwo antygenów, które uruchamiają całe spektrum przeciwciał, również na te rzadkie mutanty wirusów.

Powstaje pytanie, dlaczego produkuje się obecnie „szczepionki” genetyczne jednoantygenowe? Odpowiedź jest prosta, są one bardzo tanie w produkcji. Jeśli nie zadziałają to tym lepiej, za następne też trzeba będzie zapłacić. A jeśli dojdzie przypadkowo do opisanego wyżej wybuchu bomby epidemiologicznej? Będzie więcej chorych, a to klientela dla koncernów farmaceutycznych.

Ale na tym nasz problem może się nie skończyć. Ta „zabawa w Boga” może wymknąć się spod kontroli.

Taka sytuacja może się zdarzyć. Nie musi, ale może. Jest fajny przykład kur, które chorowały na paraliż. Dotyczyło to tylko osobników starszych, ale choroba nie była śmiertelna. Powodował ją powszechnie występujący wirus, który infekował kury na wczesnym etapie (pisklęta), ale na ogół krzywdy nie robił. Ujawniała się ona czasami u starszych osobników, a to oznaczało straty w zyskach. Kury zaczęto szczepić, zwłaszcza w hodowli klatkowej. Powstała duża presja selekcyjna na „dziki typ” wirusa, który został wyeliminowany bardzo szybko. To pozwoliło na rozwój form zmutowanych, wśród których były także bardziej zjadliwe. Te zjadliwe się rozpowszechniły i zaczęły atakować też młode osobniki. Śmiertelność 100%. Dzisiaj kury muszą być szczepione zaraz po wykluciu, gdyż bez tego są zarażane i zdychają.

Jest też niebezpieczeństwo, o którym mówi dr Bossche i które spotkało kury, że masowe szczepienia przeciwko szybko mutującemu wirusowi doprowadzą do powstania bardzo zjadliwych form o wysokiej śmiertelności. Wówczas wszyscy będziemy zagrożeni. Innymi słowy trochę to wygląda tak, jakby Big Pharma chciała wywołać ewolucję wirusa w kierunku zjadliwości, aby ludzi uzależnić od szczepień. Gdyby tak się stało, to nie tylko mamy groźną chorobę (gorszą niż ospę), ale masowe skutki uboczne oraz silną eliminację nieodpornych genotypów w populacji człowieka. Szczepionki genetyczne pozostawiają też swoje resztki, czyli śmieci w postaci fragmentów kwasów nukleinowych, które mogą wydostawać się na zewnątrz, stwarzając niebezpieczeństwo powstania zjadliwych wiroidów. Nie chcę snuć teorii spiskowych, ale takie zjawiska są obserwowane w populacjach roślinnych i zwierzęcych i są początkiem wymierania gatunku…

Dlatego te działania firm i rządów postrzegam jako zagrożenie dla istnienia gatunku, a więc bezpośrednio dla nas. Przeczą one naturze człowieka oraz procesom jakie zachodzą w populacjach biologicznych. Aby nie było to tak pesymistyczne to powiem, że ewolucja jest procesem losowym, nie wiemy jak zadziała w danym momencie i ten scenariusz nie musi się wydarzyć. Ludzie już wielokrotnie przechodzili przez „efekt szyjki” od butelki. Miejmy nadzieję, że uda nam się znaleźć w tej szyjce i przejść przez nią…

Prof. dr hab. Roman Zieliński, Centre for Biomathematics, Genomics and Evolution, Olsztyn

Podobne artykuły